Kolej podstawia autobus, więc jedziemy

Koleje zlikwidowały pociągi pomiędzy Katowicami i Oświęcimiem. - Ludzi jest za mało, bardziej opłaca się wynająć autobusy - przyznają kolejarze. Eksperyment skończył się tak, że w czasie porannego kursu z braku miejsca pasażerowie zostali na przystankach.

O tym, że kolejowe kursy są zagrożone, wiadomo było od kilku tygodni. Połączenie udało się uratować, ale zaskoczeni pasażerowie dowiedzieli się, że od niedzieli będą jeździć autobusami. W dziale marketingu i sprzedaży Śląskiego Zakładu Przewozów Regionalnych w Katowicach niechętnie przyznają, że kolej wynajęła autobusy od konkurencyjnego PKS-u.

- Zdecydowały względy ekonomiczne. Przy niewielkiej liczbie pasażerów bardziej opłaca nam się wozić ich autobusami - mówi Dariusz Pajor ze Śląskiego Zakładu Przewozów Regionalnych w Katowicach.

Na internetowych forach zawrzało. Ludzie szydzili, że kolej popełnia w ten sposób symboliczne samobójstwo, a pasażerowie przekonywali, że autobus nie ma szans, żeby na zakorkowanej trasie zmieścić się w rozkładowej godzinie i ośmiu minutach (do tej pory pociąg pokonywał ją 10 minut szybciej).

Sprawdziliśmy w poniedziałkowe przedpołudnie. W okienku kasjerka od razu uprzedza, że podróż jest możliwa, ale autobusem. Enigmatycznie wyjaśnia, że odjeżdża z przystanku na pl. Andrzeja, "gdzieś koło kebabu". Problem w tym, że kebaby i przystanki są dwa. Autobus w końcu znajdujemy w zatoczce koło budynku sądu. Obok kierowcy w kolejarskim mundurze i czapce siedzi konduktor, u którego również można kupić bilety.

- To jest ten nowy pociąg - kpią przy wejściu pasażerowie. Do Oświęcimia wyrusza pięć osób. - To jest jakiś kretynizm i kompletna kpina. Na dworcowym rozkładzie nad kasami nie ma żadnej informacji, tak jakby połączenie w ogóle zostało zlikwidowane. Przystanek też ledwo znalazłem - skarży się mężczyzna, który do autobusu dobiega w ostatniej chwili. Woli się nie przedstawiać, bo sam jest kolejarzem.

- Gdybyście panowie widzieli, co tu się działo rano. O 5.35 jechały dwa autobusy, ale godzinę później, mimo zapowiedzi, był tylko jeden. Ci, którzy wsiadali w Oświęcimiu, jeszcze się jakoś zmieścili, ale potem szpilki się nie dało wcisnąć. Ludzie nas przeklinali, bo musieli zostać na przystankach. No i w tych korkach mieliśmy ponad pół godziny spóźnienia. Zresztą w drodze powrotnej też się pewnie nie wyrobimy - wzdycha konduktor.

Autobus, tak jak pociąg, przejeżdża przez Mysłowice, Imielin, Chełm Śląski i Bieruń Nowy. Do Oświęcimia przyjeżdża z kilkuminutowym spóźnieniem. - Pociągiem jeździli uczniowie i ludzie do pracy. Cena jest dobra, bo tylko 4 zł, no i do Katowic jechało się tylko godzinę. Autobusem będzie znaczniej dłużej. Na dodatek połączeń jest mniej, a ostatni autobus powrotny z Katowic o 15.45 to jakieś nieporozumienie. Będziemy tu już w ogóle odcięci od świata - denerwuje się Krzysztof Mielżyński.

Alternatywą są połączenia PKS-u (kosztują 7 zł i jeżdżą rzadko) oraz prywatne busiki. - Wszystko zależy od ruchu na drodze. Jak nie ma korków, to uwiniemy się w godzinę, ale bywa, że podróż zajmuje dwa razy tyle. W normalnym dniu wychodzi 1,5 godziny - ocenia jeden z kierowców. Za kurs każe sobie zapłacić 13 zł.

W drodze powrotnej znów wybieramy autobus wynajęty przez kolej. Do Katowic dojeżdżamy z 20-minutowym opóźnieniem, bo przed godz. 14 korki nie są jeszcze duże. Na miejscu okazuje się, że kierowca z oświęcimskiego PKS-u dawno nie był w Katowicach. Przy wyjeździe z tunelu pod rondem gubi się i zamiast skręcić w ul. Stęślickiego jedzie prosto. Krzyczymy, że musi szybko zawrócić przejazdem koło Silesia City Center, bo inaczej za chwilę dojedziemy do Chorzowa.

- Rezygnujecie z pociągów? Ludzie się śmieją, że się poddaliście - pytamy w Śląskim Zakładzie Przewozów Regionalnych.

- A pamiętacie państwo, jak zaczynał prywatny przewoźnik na Pomorzu, spółka Arriva? Też na początku wozili ludzi autobusami - odpowiada niezrażony Pajor.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice


ostatnia aktualizacja: 2010-12-16
Komentarze
Polityka Prywatności