Naukowy proletariat bez ulgi na bilety kolejowe

Z początkiem nowego roku studenci zyskali 51-proc. zniżkę na bilety kolejowe, a wykładowcy nadal cieszą się ulgą w wysokości 37 proc. Tylko doktoranci, marznąc na peronie w oczekiwaniu na spóźniony pociąg, zgrzytają zębami, bo wciąż są skazani na pełnopłatne przejazdy.

Ryszard Knapek, przewodniczący samorządu doktorantów na Uniwersytecie Śląskim, kiedyś usłyszał od kogoś, że doktoranci są naukowym proletariatem. - Określenie może wydać się dziwne, ale ma w sobie sporo prawdy. Studiujemy, obowiązkowo prowadzimy zajęcia dydaktyczne i najbardziej żmudne badania naukowe, z których korzystają nasze instytuty, ale jako mało liczna grupa jesteśmy pozbawieni większości przywilejów - zauważa Knapek.

Najjaskrawszym tego przykładem jest brak zniżek na bilety PKP dla doktorantów, choć z 37-proc. ulg korzystali dotąd i wykładowcy, i studenci. Ci ostatni od początku tego miesiąca za bilet płacą jeszcze mniej, bo tylko 49 proc. ceny. - Kiedy po licznych apelach studentów kandydujący na prezydenta Bronisław Komorowski obiecał podnieść im zniżki, jeśli wygra wybory, mieliśmy nadzieję, że przy okazji jakakolwiek ulga obejmie także nas. Już wcześniej rozmawialiśmy z Ministerstwem Nauki, słaliśmy pisma, ale po raz kolejny okazało się, że nic z tego - mówi Jacek Lewicki, wiceprzewodniczący Krajowej Reprezentacji Doktorantów.

Choć doktoranci przekonywali, że ucieszyłaby ich nawet najmniejsza ulga, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego pozostało nieugięte. Tymczasem, jak podkreśla Knapek, kupno pełnopłatnego biletu (za kilkadziesiąt, a nawet ponad 100 zł miesięcznie) to olbrzymi wydatek dla doktorantów, którzy na uczelnię dojeżdżają często z bardzo daleka. - Na UŚ są doktoranci z Gliwic czy spod Częstochowy. Dla nich pociąg jest jedynym środkiem lokomocji. Obowiązki na uczelni nie zostawiają nam już czasu na pracę, ewentualnie pozwalają na zatrudnienie się wieczorami w osiedlowym markecie, gdzie nie da się godziwie zarobić - mówi Knapek.

Sytuację niewiele poprawiają stypendia doktoranckie, które - w zależności od wydziału - wynoszą od 1044 zł do 1700 zł. Na Wydziale Filologicznym, gdzie doktoryzuje się Knapek, stypendiów nie ma wcale.

Bartosz Loba, rzecznik MNiSW przyznaje, że ulgi dla studentów zostały podniesione w trybie ekspresowym, bo prezydent Komorowski chciał dotrzymać danej podczas kampanii wyborczej obietnicy. - Liczył się czas, a kwestia doktorantów jest zdecydowanie bardziej skomplikowana, bo właściwie nie są już studentami, ale jeszcze nie zostali naukowcami. Poza tym niektórzy doktoranci mają etat na uczelni lub pracują po zajęciach w innym zawodzie - mówi Loba.

Dodaje, że właśnie z tego powodu resort uznał, że lepiej będzie umożliwić pobieranie stypendiów pracującym doktorantom, którzy dotąd nie mieli prawa do takiej pomocy, a grupie 30 proc. wybitnych przyznać stypendia w wysokości 2 tys. zł. - Budżet nie pozwala na razie na objęcie doktorantów ulgami na przejazdy PKP, ale nie wykluczamy, że w przyszłości stanie się to możliwe - informuje Loba.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice


ostatnia aktualizacja: 2011-01-03
Komentarze
Polityka Prywatności